sobota, 21 maja 2016

My i Oni


Mieszkam w Wielkiej Brytanii już na tyle długo żeby czuć się tu dobrze i bezpiecznie. Zaraz po przyjeździe zauważyłam że wiele nas łączy, nas Polaków i Brytyjczyków. Słuchamy tej samej muzyki, oglądamy te same filmy. Nasza dieta oparta jest głownie na mięsie i ziemniakach. Wolny czas spędzamy oglądając telewizję, chodząc do kina lub pubu z przyjaciółmi. A latem rozpalamy grilla i pijemy piwo. Niestety im dłużej mieszkam, tym widzę też więcej różnic. Coraz bardziej czuję się też tą inną, jestem dziewczyną z obcym akcentem, imigrantką.


Największą przeszkodą żeby całkowicie wtopić się tłum i być Angielką jest coś czego nie da się zmienić, bo nie da się cofnąć czasu. Nie wychowałam się w tym kraju, nie znam bajek, które oglądali moi koledzy z pracy gdy byli mali. Nie znam spikerek telewizyjnych sprzed 20 lat, sportowców, którzy wygrywali olimpiady, teleturniejów, które oni oglądali jedząc na kolację shepards pie. Nie wiem jak nazywają się popularne kiedyś słodycze, a o istnieniu czipsów ziemniaczanych nawet nie miałam pojęcia jak byłam mała. Za to oni nigdy nie dowiedzą się jak to jest wychowywać się w komunistycznym kraju. Jak to jest dorastać gdy zmienia się ustrój i wszystko staje na głowie. Tego nie da się nauczyć ani wytłumaczyć. 

Drugą ogromną różnicą między nami jest język. Nawet gdy ktoś opanuje angielski na najwyższym poziomie, nawet gdy pozbędzie się wschodniego akcentu i jego pochodzenie nie jest wyczuwane na pierwszy rzut oka (lub ucha), to nigdy nie zrozumie językowych niuansów. Nie zawsze wychwyci słowny żart. Nie zrozumie ironii lub sarkazmu ukrytego gdzieś w przekręconym wyrazie lub zmienionym akcencie. Tak samo my Polacy potrafimy się porozumieć bez słów poprzez powiedzenie uhu, ehe, hmmm lub po prostu westchnięcie w odpowiedniej tonacji (np. w sklepie gdy wybieramy wędlinę). Potrafimy też po akcencie lub doborze słownictwa rozpoznać z której części Polski ktoś pochodzi. To samo potrafią Anglicy między sobą, nam to umyka. 

Inna sferą gdzie widzę dużo różnic jest kuchnia. Bardzo mi brakuje warzyw. W restauracjach nie ma zbyt dużego wyboru. Danie składa się głownie z mięsa i frytek, mięsa i buły lub mięsa i ryżu (w przypadku kuchni indyjskiej lub chińskiej). A gdzie kolorowe surówki, kapusta, kalafior, brokuły, buraczki? Warzywa to jakaś fanaberia dla bogatych ludzi. Poza tym Anglicy potrafią rozpoznać tylko mięso i ryby, nie mają pojęcia np. o wątróbce. Tu praktycznie nie je się podrobów. Czuję się zawstydzona gdy przynoszę do pracy moją ulubioną wątróbkę drobiową zapiekaną z drobno posiekaną cebulą i jabłkiem. Minę moich koleżanek gdy mówię że jem chicken liver mogę opisać jako połączenie szoku z odrazą. To tak jak bym jadła gotowane bawole oczy, czy panierowane jadra byka.

Często też słyszę że Polacy są niegrzeczni. O sobie usłyszałam ze jestem abrupt czyli ostra i bezobcesowa a nawet rude czyli nieuprzejma. Zawsze myślałam o sobie jako o bardzo spokojnej i ugodowej osobie. Z nikim się nie kłócę, dla wszystkich jestem miła. Naprawdę nie wiem co w moim zachowaniu może powodować takie opinie? Choć przyznam, że te wszystkie formy could you please, would you be able to, są dla mnie przerostem formy nad treścią. Ja najlepiej powiedziałabym "proszę to zrobić na poniedziałek" i po sprawie. Ostatnio zapytałam głośno koleżankę, która zostawała za długo w pracy "chodzisz kiedyś do domu?" Ten sam błąd zrobił mój polski kolega gdy powiedział do chłopaka, którego zastał w biurze gdy wszyscy już wyszli "znajdz sobie dziewczynę"! Widząc minę moich współpracowników już wiem, że jeszcze nie do końca przystosowałam się do życia wśród Britoli.









Brak komentarzy: