sobota, 13 czerwca 2015

Hulajnoga To Dopiero Początek



Nigdy nie jeździłam na hulajnodze. Moda na nie przyszła jak już dawno byłam dużą dziewczyną. Zawsze natomiast jeździłam ma na rowerze. Jeśli ludzi można podzielić na samochodziarzy i cyklistów, to ja zdecydowanie jestem fanką jednośladów. Antka tata to samochodziarz, pisałam już o tym wiele razy (zobacz tu i tu). Obecnie rozgrywa się walka o duszę naszego syna. Czy w przyszłości będzie wolał pojeździć z mamą rowerem, czy wsiąść z ojcem do samochodu. 


Zaczęłam uczyć go jazdy na hulajnodze. To ma być pierwszy stopień wtajemniczenia dla pojazdów zasilanych siłą własnych nóg. Potem będzie rowerek biegowy i w końcu przyjdzie kolej na normalny rower z pedałami. Na razie nauka idzie bardzo powoli i nie jestem pewna czy Antek to lubi. Nie zamierzam się poddać. W nim moja jedyna nadzieja na przyszłego towarzysza wycieczek rowerowych.
 W dzieciństwie miałam składaka Wigry 3. Najlepszy rower na świecie. Wygodny, z wysoką kierownicą, nie trzeba było się schylać jak przy dzisiejszych sportówkach. Jeździłam nim wszędzie, właściwie jak gdzieś szłam, to jechałam. To samo robiły moje koleżanki, więc nie byłam jakoś szczególna. Wychowanie się małym miasteczku ma to do siebie, że większe odległości lepiej jest pokonać na rowerze niż pieszo. Autobusy nie kursują. 
Gdy zrobiłam prawo jazdy, przyznam, że trochę się zachłysnęłam motoryzacją. Ale jak można pokochać malucha, który się wiecznie psuje? Samochody zawsze miały u mnie opinie bardzo zawodnych i kosztownych. Paliwo jednak od czasu do czasu trzeba lać. Pełną niezależność daje tylko rower. Po krótkiej fascynacji samochodem wróciłam do jednośladu. Ale teraz to już jest inna forma użytkowania roweru. To jest jazda rekreacyjna, forma spędzania wolnego czasu. Pamiętam jak byłam mała jeździłam rowerem do sklepu po lody, albo gdy mama wysyłała mnie po chleb, torby z zakupami owijały mi się wokół kierownicy. Gdy zostawiam rower pod sklepem, nie bałam się że mi go ktoś ukradnie. Wszyscy mieli takie rowery, nie były drogie. Teraz rowery potrafią kosztować tyle co samochody, są nafaszerowane elektroniką, kiczowate i niewygodne. 
Na szczęście wiele lat temu ojciec prezentował mi stylową holenderkę. Nie ma przerzutek, żadnych gadżetów. To po prostu staroświecka damka (tak kiedyś mówiło się na rowery bez ramy) i dużymi kołami. Zakochałam się w niej na zabój. Obecnie stoi u moich rodziców. Jeszcze przetransportowałam jej do UK, chociaż wiele razy o tym myślałam i planowałam.
Moja damka służyła mi dzielnie przez lata gdy mieszkałam w Gdańsku. Przejechałam nią chyba wszystkie ścieżki rowerowe, których w Trójmieście jest bardzo dużo, są bardzo wygodne i malowniczo położone. Gdy widzę ścieżki rowerowe tu w UK, jestem trochę załamana. Nigdzie nie widziałam takich, po których chciałabym jeździć i czułabym się bezpicznie. Najczęściej są  to wydzielone pasy na ulicy obok samochodów i znikają gdzieś przed rondem, a rowerzysta musi śmigać między samochodami. Chyba tylko Londyn ma jako takie ścieżki, są w miarę bezpieczne i można nimi przemieszczać się szybciej niż samochodem. W innych miastach, w których mieszkałam jest katastrofalnie, niebezpiecznie i bez pomysłu. Jeszcze nie testowałam Bristolskich ścieżek ale czytałam że są bezpieczne i pięknie położone. Wszystko więc przed nami. Mam nadzieję że Antek łyknie bakcyla i będzie się ze mną kiedyś ścigał na rowerze. 
Wiem, że jego tata z równym zapałem próbuje zaszczepić w nim miłość do samochodów. Będziemy więc ostro o niego walczyć.














No i pojawił się tata w swoim oldschoolowym samochodzie.



Brak komentarzy: