środa, 16 lipca 2014

5 Powodów Dlaczego Nie Cierpię Ryanaira




Za każdym razem gdy lecę Ryanairem przyrzekam sobie  - To był ostatni raz. Po jakimś czasie zapominam o przysiędze. Gdy kolejnym razem wybieram się za granicę i patrzę na cenę, mówię sobie  - To tylko dwie godziny lotu, jakoś wytrzymam. Po ostatniej wyprawie znowu przeklinam - Nigdy więcej!

Zarządzający firmą chyba celowo i z premedytacją wymyślają tortury, które fundują swoim klientom. Część znieśli, aby być "bardziej przyjaznym", większość i tak została. Do tych, które już nie istnieją na pierwszym miejscu postawiłabym głośne dżingle oferujące loterię zdrapkową, perfumy, nowe trasy lotów itp. Głośna muzyka leciała nawet podczas nocnych i wczesnoporannych lotów, gdy pasażerowie myśleli tylko o jednym - wtulić się w fotel i na chwilę zasnąć. Inna męczarnią porównywalną chyba tylko do wypełniania PITu, była odprawa on-line. Jeśli ktoś nie zaznaczył, że nie życzy sobie ubezpieczenia bagażu, transportu z lotniska czy kupna walizki, męczył się i męczył, a komputer za każdym razem wyrzucał - error. Ostatnio odprawiłam się całkiem szybko i zadziwiająco łatwo, bez haczyków i pułapek, więc tu Ryanair się poprawił.

Zacznę wyliczać, czego Ryanair jeszcze nie poprawił i dlaczego podróżowanie tymi liniami to nadal koszmar:

1. Kolejki. Od kiedy wprowadzono miejsca numerowane przy zakupie biletu, kolejek miało już nie być. Bo po co się pchać, jak i tak trzeba usiąść na wyznaczonym siedzeniu. Nic bardziej mylnego.  Gdy zostaje wyświetlony numer bramki, wszyscy pasażerowie biegną, aby ustawić się w kolejce. W imię zasady, skoro inni stoją, to widocznie wiedzą coś, czego ja nie wiem. Stoją tak około godziny podczas której nic absolutnie się nie dzieje. Samolot nawet jeszcze nie przyleciał, nie ma też obsługi. Do innych samolotów nie ma kolejek, tylko do tych do Polski. Podczas ostatniego lotu miałam plan, że dam się Antkowi wyszaleć przez wejściem na pokład, aby już w samolocie nigdzie nie wędrował. Stanie w kolejce z dzieckiem jest absolutnie niemożliwe więc wsiadaliśmy jako ostani. A w samolocie kolejne zdziwienie.
- Pan siedzi na moim miejscu - słyszę obok.
- No i co z tego, tamta pani siedzi na moim - wyjaśnia sytuację pasażer. Ostatnio słyszałam takie dialogi w kinie, gdzie jest normalne, że każdy siada gdzie chce.
Ryanair nie poradził sobie z polską mentalnością i stewardesy miały ręce pełne roboty, aby wyjaśnić sytuację, kto gdzie siedzi, zanim mogliśmy w końcu wystartować.

2. Bardzo niemiła obsługa. Wiem, że stewardesy są kiepsko opłacane i ciężko pracują, a trasy do Polski do najmilszych nie należą. Nic nie tłumaczy jednak tego, że obsługa nie kiwnie palcem, aby komukolwiek pomóc. Tak jakby w ten sposób chciała się odgryźć na swoim pracodawcy. Spotkałam się z większą życzliwością ze strony pasażerów, niż obsługi Ryanaira. Podam przykład z ostatniego lotu. Gdy już wsiadłam jako jedna z ostatnich osób, okazało się, że nie ma miejsca na moją torbę w luku bagażowym nad moim siedzeniem. Na pytanie co mam w takim przypadku zrobić, stewardesa opowiedziała, że mam zanieść walizkę do przodu (mieliśmy miejsce na samym końcu). Oznaczało to, że mam zostawić Antka samego i przejść z torbą przez cały zatłoczony samolot. Zdesperowana wykrzyczałam, że w torbie mam jedzenie dla dziecka. Na to stewardesa z uśmiechem odpowiedziała, że mogę wyjąć jedzenie, a torbę i tak muszę zanieść do przodu. Już nie miałam siły tłumaczyć, że ta torba to głównie jedzenie, zabawki i książki dla Antka na podróż, więc tak naprawdę będę potrzebować wszystkiego co się w niej znajduje. Sytuację uratowała kobieta siedząca obok, która wyjęła swoją torbę z luku i położyła sobie pod fotel. W ten sposób zrobiła miejsce na mój bagaż za co byłam jej bardzo wdzięczna.
Zupełnie inaczej się podróżuje, gdy obsługa jest pomocna i dobrze wykonuje swoją pracę. W LOT lub British Airways już na widok dziecka, stewardesy pytają, czy będzie potrzebne mleko lub pampersy. W czasie lotu przynoszą kredki i kolorowankę. Poza tym nawiązują kontakt, pytają o wiek i imię maleństwa. Życzliwa atmosfera pomaga lepiej znieść i tak bardzo stresującą podróż z dzieckiem.

3. Schody. Lotniska są bardzo dobrze przygotowane na pasażerów na wózkach inwalidzkich i na mamy z dziećmi. Wszędzie gdzie są schody, są też windy. Wszędzie, oprócz zejścia z terminalu na płytę lotniska i do samolotu. Tanie linie lotnicze nie wykupują opcji wchodzenia do samolotu przez specjalny rękaw. Dla takiego rozwiązania wind nie przewidziano i trzeba najpierw pokonać schody na dół  - co ostatnio musiałam zrobić z 11 kilogramowym dzieckiem w jednej ręce, wózkiem z torbą podróżną w drugiej. Następnie z dzieckiem w jednej i torbą w drugiej ręce, (wózek został na płycie lotniska) wejść do samolotu po schodach na górę. Nikt z obsługi nie kwapi się z pomocą (patrz punkt 2). Innym bardzo sadystycznym precederem jest przepuszczanie pasażerów przez terminal na dół do samolotu, a następnie nie wypuszczanie ich na płytę i trzymanie zamkniętych w budynku. Już widać samolot, ale widać też, że nie jest jeszcze gotów do lotu. Obsługa jeszcze sprząta i ładuje walizki. Pasażerowie nie mają prawa wyjść na powietrze. Stoją w ciasnym i dusznym pomieszczeniu lub na schodach i czekają aż ktoś ich łaskawie wypuści.

4. Mierzenie walizek. Latając Ryanairem trzeba być przygotowanym, że na każdym kroku będzie się nękanym, aby coś dodatkowo zapłacić. Nie wydrukowałeś biletu, płać. Nie odprawiłeś się, płać. Gdy już przejdziesz kontrolę na lotnisku, gdy już sprawdzą, czy przypadkiem nie wieziesz ze sobą wody w butelce lub jogurtu i myślisz, że najgorsze już za tobą. Przed wejściem do samolotu pracownicy Ryanaira sprawdzą jeszcze, czy twoja torba mieści się w regulaminowych wymiarach - jeśli nie, płać.
Całe szczęście, że teraz można już mieć ze sobą torebkę, gdzie trzyma się paszport i bilet. Gdy to było zabronione, po wszystkie dokumenty sięgać trzeba było do walizki podręcznej.

5. Ścisk. To dotyczy akurat wszystkich tanich linii i tych trochę droższych też. Odkąd latam z dzieckiem koszta podróży wzrosły tak bardzo, że nie opłaca mi się latać tanimi lotami, gdzie płacę dodatkowo i za dziecko, i za bagaż. Te wszystkie dopłaty sprawiły, że zaczęłam latać LOT-em i British Airways. Trochę się zdziwiłam, gdy zorientowałam się, że tam jest równie ciasno. Co prawda fotele się trochę rozkładają, ale gdy ktoś nie ma 150 cm wzrostu, to lot i tak do przyjemnych nie należy. W Ryanairze fotele są tak blisko siebie, że właściwie siedzi się na baczność, a mając dziecko na kolanach jest się absolutnie unieruchominym. Za każdym razem błagałam osobę siedzącą od strony przejścia, żeby się ze mną zamieniła. Miałam w ten sposób chociaż trochę większe pole manewru, gdy chciałam sięgnąć po torbę lub gdy Antek wyrywał się, aby trochę pobiegać po pokładzie.




2 komentarze:

Najlepsiejszy.pl pisze...

Cześć. Dobrze napisane. Podobne dramaty przeżywaliśmy, kiedy podróżowaliśmy jeszcze z "brzuszkiem". Na blogu dostępny jest tekst Bydło w Samoloie. Wrzuć w google i zapraszam. Pozdrawiam

Magda Maslanka pisze...

Niestety mogę to samo napisać o wizzair. Za walizkę, z którą latam od lat jako bagaż podręczny, zapłaciłam na lotnisku dodatkowe 56 funtów. Potem czekaliśmy na spóźniony samolot w małym pomieszczeniu bez toalety ponad godzinę. Miejsca bez numeracji i w samolocie chciano rozdzielić mnie z czteroletnim synem. Chyba te tanie linie są coraz gorsze. Specjalnie jechaliśmy z Manchesteru do Luton, żeby mieć połącznie prosto do Lublina, ale żałowaliśmy tego bardzo. Pierwszy raz w życiu zabrano mnie na kontrolę osobistą, nie polecam. Dodam, że przechodząc przez bramkę trzymałam syna za rękę, kiedy mnie zabierano na kontrolę zaczął głośno płakać, bo nie mógł iść ze mną. Dobrze, że podróżowałam z mężem, więc zajął się dzieckiem. To był mój ostatni raz z wizzairem.